top of page

A trzeba było autobusem - Akt I

  • 2 godziny temu
  • 3 minut(y) czytania

Tragedia motoryzacyjna w trzech aktach. Występują: ja, moja przyjaciłka Jess, Pacan, pojazdy zmotoryzowane w liczbie mnogiej i absurd przemysłu ubepieczniowego w całej okazałości.


Kojarzycie to mimiczne zdjęcie dwóch psów - jeden zaciesza pyszczek jak Nawrocki na widok rac, a drugi chyli się ku egzystencjalnemu upadkowi?  Jest to doskonała ilustracja tego, w jak różny sposób ja i Jess reagujemy na słowo kemping.


Ja - kocham, bo człek powraca nie tylko do natury, ale i do ustawień firmowych: martwi się jedynie o to, czy ma gdzie spać, ma co jeść i czy tyłek nie marznie. Rozterki na temat tego, czy projekt w ostatniej fazie zrealizuje wszystkie kejpiaje odchodzą

w niepamięć.


Jess ma zgoła inne nastawienie. Tak bardzo nienawidzi wyjazdów pod namioty, że od lat stopniowo zakupuje różnoraki biwakowy sprzęt, dążąc do przekształcenia naszego kempingowego survivalu w noc w czterogwiazdkowym hotelu. Mimo tak różnego nastawienia od kilku lat, niemal każdego lata wybieramy się pod namioty.

 

I tak końcówkę lipca miałyśmy spędzić w okolicach malowniczego Hebden Bridge. Lista zaplanowanych atrakcji obejmowała wizytę w muzeum sióstr Brontë, lokalne księgarnie i potencjalnie odwiedziny na grobie Sylwii Plath. Po zapakowaniu mojej poczciwej Maździny po sufit i po brzegi wyruszyłyśmy w podróż, zupełnie nie podejrzewając, że będzie to nasze ostatnie pożegnanie.

 

Moje i Maździny w sensie. Proszę nie wpadać w panikę - Jess ma się dobrze. (O ile pracując w NHS można mieć się dobrze).

 

Biegu wypadków (pun not intended) nie przewidziałyśmy, choć były pewne znaki.

 

Pierwszy z nich objawił się na autostradzie M1, kiedy jakiś geniusz, przegapiwszy swój zjazd, postanowił zatrzymać się na środkowych pasie i poczekać, aż wszyscy kierowcy łaskawie ustąpią mu pierwszeństwa, żeby mógł skręcić. Pewnie mu się przypomniało, że tak by sobie wypił kawusi na mleku owsianym. Pal licho, że wszyscy w tym momencie zaryzykowaliśmy swoje zęby i życia - kawusia musi być.

 

Znak drugi okazał się w całej okazałości po przekroczeniu Bradford. Myślę, że mieszkańy UK w większości zdają sobie sprawę z niezwykłego uroku tegoż zakątku świata. Dla moich polskich znajomych już spieszę z wyjaśnieniem. Bradford to taki wałbrzyski Sobięcin, tylko 10 lat temu i o nieco bardziej międzynarodowym charakterze. Jeśli chcesz złapać perspektywę, w którym miejscu na skali beznadziei jest twoje życie - zapraszam właśnie tam. Prawie zawsze wyjdziecie na plus.

 

Po 20 minutach przedzierania się przez kwestionujące zdrowy rozsądek skrzyżowania dotarłyśmy do wyjazdu z miasta. Do pola namiotowego zostało nam jakieś 30 minut. Grzecznie zatrzymałam się za białą Toyotą Yaris i wtedy w tył mojej Maździnki uderzyło coś. Kiedy wysiadłam z samochodu okazało się, że to “coś” to srebrny SUV z grzejnikiem na przodzie, który pomieściłby w sobie trzy Maździny. Mieścił też w sobie jegomościa o masie wprost proporcjonalnej do jego wzrostu. Zagaiłam pierwsza:

 

  • Hej, co się stało?

 

  • No jak to co? Zatrzymałaś się.

 

Yyy, tak, zatrzymałam się, BO TAK DZIAŁA RUCH ULICZNY PACANIE. Kiedy ktoś zatrzymuje się przed tobą, ty również zwalniasz i się zatrzymujesz. To zapoczątkowania tego manewru niezbędna jest obserwacja otoczenia, która - wnioskuję - u Ciebie była zaburzona oglądaniem czarnych dresów na Vinted i rozkminką czy £1.85 za nerkę JD Sport to dobra oferta.

 

To wszystko chciałam powiedzieć, ale z moich ust wydobyło się jedynie:

 

  • No chyba nie. Gdybyś uważał na drogę, to nic by się nie stało!

 

No i zaczęła się tyrada na temat tego:

 

  1. Że się zbyt gwałtownie zatrzymałam (oprócz światła stopu jakiego sygnału jeszcze potrzebowałeś? Latarni? Czy znaków dymnych?);

  2. Że to tylko małe stuknięcie (być może dla Ciebie, tył mojego samochodu leży na cmentarzu razem z Sylwią Plath);

  3. Że jego auto kosztowało tyle, co cztery moje Mazdy (tak, widzimy jak wiele próbujesz sobie zrekompensować);

  4. I że on mi może naprawi to auto.

 

I tu oczami wyobraźni ujrzałam warsztat na przedmieściach Bradford, który legalną transakcję po raz ostatni widział w 1985. Co to - to nie. Postanowiłam, że skorzystam z mojej polisy i sprawię jegomościowi tyle problemów, ile tylko mogę. O tym, jak naiwna była moja wiara w system ubezpieczeń trochę później.

 

O dziwo jegomość bez większego oporu podał swoje dane, choć uzyskanie numeru ubezpieczenia zajęło mu jakieś 20 minut rozmowy przez telefon z kolegą brata kuzyna od strony wujka. Po około pół godzinie mojej usilnej próby nie wyjścia z siebie i stanięcia obok odjechał z miejsca tej “małej stłuczki”, a my z Jess zostałyśmy na poboczu, z rozbitym autem, stertą kempingowego ekwipunku na chodniku  i myślą cóż począć z tak pięknie rozpoczętym popołudniem ….

 

 

Komentarze


 Powered and secured by Wix

bottom of page