top of page

From Kraków with Love

  • 6 cze
  • 6 minut(y) czytania

Dwa tygodnie temu wróciliśmy z wycieczki do Krakowa. Tym razem głównym powodem wojaży był koncert Metalliki. Koncert co prawda na Stadionie Śląskim, ale Katowice na ten dzień przywdziały szaty światowej metropolii i zażyczyły sobie 300 funtów za noc, więc postanowiliśmy ulokować się w Krakowie i na koncert dojechać. A Kraków, jak to Kraków - zachwyca jak zawsze. 


Oto top 5 naszej małopolsko-śląskiej eskapady. 



  1. Artystyczne ABC



Krakowski MOCAK (Museum of Contemporary Art in Kraków) to był dla mnie przystanek obowiązkowy. Dla Dana nieco mniej, ale dzielnie towarzyszył mi jak zawsze w tej artystycznej przygodzie. No i nie powiem - było na czym oko i rozum zawiesić. Jak zawsze zachwycająca Magdalena Abakanowicz. Scenografia do sztuki o Andym Warholu w reżyserii Krystiana Lupy. Ewa Partum i jej feministyczny performance. Przepiękne ilustracje czeskiej artystki o pseudonimie Toyen. Jednakowoż absolutnym numerem jeden było epokowe dzieło Johna Baldessari “Teaching a Plant the Alphabet”. I nie jest to jedynie czarno-biały filmik, na którym wyżej wymieniony artysta pokazuje roślinie karty z literami alfabetu, każdą z nich wypowiadając kilkukrotnie w nadziei, że rzeczona roślinka nagle intelektualnie ożyje niczym Trump o trzeciej nad ranem na Twitterze.  Co to, to nie. Cytując za specjalistami: 


To absurdalne ćwiczenie, z jego daremną, monotonną powtarzalnością i suchym sposobem wykonania, konfrontuje nasze oczekiwania dotyczące tego, jak sztuka powinna wyglądać. Ten film jest również odpowiedzią Baldessariego na popularność akademickich dyscyplin lingwistyki i semiotyki, które wpływały na wielu artystów konceptualnych w latach 70.




I muszę przyznać, że czułam się absolutnie skonfrontowana nie tylko z tym, jak sztuka powinna wyglądać, ale również ze zdrowym rozsądkiem. Bo wydaje mi się, że jednak są czynności, które mają o wiele większy ładunek daremności z jednoczesnym podważeniem semiotyki i lingwistyki razem wziętych. 


Próbowaliście kiedyś wytłumaczyć pięciolatkowi, że te czerwone kawałki w sosie bolognese to pomidory - esencja tegoż sosu - i kiedy ich w sosie bolognese nie ma, to jednak są tylko że zmiksowane i spokojnie można wsuwać? Nie? To zapraszam serdecznie, bo odkryjecie, że Pan Baldessari zdecydowanie przegapił tutaj szansę na artystyczną rewolucję. 



  1. Gubałówka


Kiedy rezerwowaliśmy bilety na Gubałówkę kilka tygodni wcześniej liczyliśmy na rozpościerający się przed naszymi oczami malowniczy krajobraz Tatr. Niestety jedyne, co nam się rozpostarło to budki z kręconym ziemniakiem i goframi. Pogoda tego dnia to porządne szesnaście stopni skąpane we mgle i lekkich opadach. Nie pozostało nam zatem nic innego niż napawać się ogólną atmosferą miejsca.



Przepiękne widoki z Gubałówki.
Przepiękne widoki z Gubałówki.

Ostatni raz w Zakopanem byłam w liceum i z tej wycieczki zapamiętałam nagromadzenie badziewia na metr kwadratowy równy deptakowi w Mielnie, tylko z lekkim górskim twistem w postaci straganów z oscypkami i kapciami. No i proszę Państwa nie zawiodłam się. Zakopane zachwyca, a Gubałówka jeszcze bardziej. W kwestii gastronomii mamy rozrzut od schabowych, przez burgery i lody, aż do oscypka z żurawiną. Pod względem rozrywki strzelanie do pluszowych misi, rzucanie piłką do kosza w obracające się wokół własnej osi ludziki z ewentualnym przystankiem na krótką modlitwę w pobliskim kościele, który jako jeden z niewielu tutaj budynków akurat przynależy do Gubałówki pod względem estetycznym. A gdyby komuś nagle zatęskniło się za morzem, jest i plaża. No i nowość, której w czasach licealnych nie było: posiłki halal i oznakowanie w języku arabskim, bo ponoć Kraków i Zakopane to popularna destynacja mieszkańców krajów Bliskiego Wschodu. Polityka narodowościowa swoje, a turystyka swoje.


Jako że był to poniedziałek i wszystkie muzea zamknięte, po wydaniu połowy średniej krajowej na zapiekanki i gofry oraz upojeniu się lokalnym kolorytem wróciliśmy do Krakowa z obietnicą, że w Tatry jeszcze przyjedziemy. Ale gdzieś poza główne skupiska turystów, gdzie ich piękno nie zostanie przesłonięte przez oscypkowo-żurawinowy festyn. 

 


  1. Nissan Srissan 


Jak już wspomniałam we wstępie - my w Krakowie, a koncert w Katowicach, więc trzeba się było jakoś logistycznie zorganizować. Pomysł Dana o spaniu na katowickim dworcu nie urzekł ani mojego serca, a nie czterdziestoletniego ciała. Pociągi w godzinach nocnych kursowały dość leniwie, zatem jedyną opcją było wypożyczenie auta. I jeżeli myślicie, że fakt, żem w Polsce urodzona i posiadaczem polskiego prawa jazdy jestem zadecyduje o tym, kto będzie kierowcą podczas naszej wycieczki grubo się mylicie. Uprzejmie przypominam, że osiągnięcie uprawnień do prowadzenia pojazdów czterokołowych zajęło mi jakieś dziesięć lat, po polskich drogach nie jeździłam od lat siedmiu, a parkowanie równoległe nadal jest mi obce. W związku z tym kierowcą mianowany został Dan. 


Wynajęcie auta miało nas kosztować £26, co od początku wydawało się podejrzane i  zastanawialiśmy się na czym Free Car będzie chciało zarobić, bo free to miało tylko w nazwie. I muszę pogratulować im swoistej biznesowej pomysłowości, bo haczyk tkwił w literach, w literach proszę Państwa. Chyba szef tej firmy w MOCAKu ostatnio był i się Baldessarim zainspirował. Okazało się, że na karcie kredytowej Dana nie widnieje jego całe imię, tylko inicjały i jedynym sposobem na wynajęcie auta w tej podbramkowej sytuacji jest wykupienie ubezpieczenia w mega-super-hiper okazyjnej cenie £80. Ponoć miało nam to również oszczędzić dodatkowych kosztów za ewentualne szkody (bo na przykład dywanik jest bardziej po lewej stronie niż był), więc z bólem serca i portfela uiściliśmy opłatę i udaliśmy się na parking po odbiór auta.


Poziom 4.5, co zasugerowało, że albo dostaniemy złotą karocę, albo znikniemy w parkingowych czeluściach niczym Harry Potter. Po 15 minutach czekania, aż ktoś nami się łaskawie zainteresuje i kolejnych 15 na bilecik parkingowy, ukazał nam się w całej okazałości - on - Nissan Juke. Śnieżnobiały, dostojny, niepokonany. Prawdziwa bestia. Z tym tylko, że … cierpiąca na zespół lęku uogólnionego. Przy każdym przekroczeniu dozwolonej prędkości o choćby jeden kilometr pipczał jak opętany. Zupełnie jak mój system nerwowy, kiedy głośność w TV przekracza 25 kresek, ale to jest materiał na inną historię. Pipczeniu nie było końca, bo po pierwsze, prędkość w systemie pojazdu nijak się miała do rzeczywistego limitu na drogach; po drugie - Zarząd Dróg i Komunikacji w swej bezgranicznej mądrości postanowił zmieniać ten limit co jakieś dwadzieścia metrów i mimo wybitnej kontroli sprzęgła w wykonaniu Dana nie dało się nadążyć.


I tak spędziliśmy kilka godzin w rytm pipczenia, które po przekroczeniu granicy totalnego wkurwu zaczęło powoli przeradzać się w hipnotycznie irytujący bit. I gdyby nie moje zerowe zdolności muzyczne spokojnie moglibyśmy go zsamplować i odsprzedać Taco, Macie, czy innemu dwusylabowemu artyście. Za uczciwą cenę, bo dobrzy z nas ludzie. 80 funciorów by styknęło. No chyba że literek na karcie za mało.  



  1. Metallika


No i mogłabym tu proszę Państwa śmieszkować. Że kolesie po sześćdziesiątce nadal próbują udawać młodzieniaszków. Że Katowice skąpane w czerni koszulek, a na trawnikach podchmieleni jegomoście. I że restauracja Carska w stylu Ludwika XIV wypełniona po brzegi metalowcami powodowała u mnie dysonans poznawczy. No ale nie ma to zupełnie sensu, bo rzeczeni panowie po sześćdziesiątce dali takie show, że nam emocjonalnie spadły kapcie. I ja nie wiem jaki zestaw supli Panowie zażywają (choć się domyślam), żeby przez  dwie godziny taką energią bić, ale dajcie mnie też (może jednak nie).



Było wszystko, czego metalowa dusza może zapragnąć - największe hiciory, hiciory mniej znane, buchający ogień, dmuchane piłki i fantastyczny support w postaci francuskiego zespołu Gojira.  A wisienką na torcie okazało się sumienie, które z trudem, ale jednak odkrył w sobie jegomość przed nami. Po pół godzinie stania i zasłaniania nam widoku postanowił łaskawie usiąść i już do końca koncertu mogliśmy w pełni raczyć się skalą tego widowiska. 


I tak słuchając Nothing Else Matters, w otoczeniu 90 000 tysięcy ludzi, przypomniałam sobie o meblościance kaset, która w czasach licealnych ukazała się mym oczom po przekroczeniu progu mieszkania Hanki - mojej ulubionej fanki Metalliki, która przed koncertem w pocie czoła ogarniała nam bilety, a po uraczyła cytrynówką na drogę. 



  1. Bombowo. 

 

Pobyt w Krakowie minął nam sielsko-anielsko, ale za to zakończył się z przytupem. Środa wieczór. Międzynarodowy Port Lotniczy im. Jana Pawła II - wracamy. Ja dumna z siebie niesłychanie, bo migusiem bagaż odprawiłam i możemy spokojnie udać się do strefy bezcłowej, aby w niej tradycyjnie niczego nie kupić, z cłem lub bez niego. Spokojnym krokiem, a w zasadzie posunięciem, bo na ruchomych schodach jesteśmy, udajemy się w stronę bramek kiedy nagle Dan dostaje olśnienia:

 

  • Ty, a gdzie moja walizka?

  • Oj.


Mojego oj już nie słyszy, bo udaje się w pościg po swój podróżny dobytek, który ja w swej ciapulkowatości pozostawiłam na pastwę losu. Biorąc pod uwagę, że jesteśmy na ruchomych schodach - pościg nieco utrudniony. My w dół. One w górę. My w dół. One w górę. Oboje niczym Ireneusz Krosny w mimicznym pościgu do nikąd. Po nierównej walce w końcu udaje się nam dobiec do stanowisk odprawy bagażowej. I jest. Ona. Walizka - nienaruszona, samotna, w niewinnym błękicie. Ale jest też Pan z obsługi, dla którego błękit nie taki niewinny, bo właśnie zadzwonił do ochrony, że walizka jest, a właściciela brak. 


A wszyscy wiemy, co na lotnisku może oznaczać bezpański bagaż. Ochrona ponoć już w drodze, a ja mam przed oczami niedoszły alarm przeciwbombowy, ewakuację całego lotniska i nas w areszcie. Brakuje jeszcze tylko, żeby mi glicerynę na rękach wykryli i będzie zupełnie po bułkach. Co już się kiedyś wydarzyło, ale to też materiał na inną historię.  No ale Pan wykazuje się niesłychaną wiarą w ludzi i po trzykrotnym upomnieniu, że bagażu nie pozostawiamy na pastwę losu proszę Państwa, no nie pozostawiamy bez opieki bagażu, no bagażu bez opieki nie pozostawiamy, powiadamia ochronę, że właściciel walizki się odnalazł, że Brytyjczyk, że wszystko ok, a my odchodzimy w stronę zachodzącego słońca, wróć, strefy bezcłowej, aby nadal niczego nie zakupić, z cłem lub bez niego. 


I tak kończy się nasza małopolsko-śląska historia. Nie opisałam tutaj ani Kościoła Mariackiego, ani Muzeum Czartoryskich, ani kwaśnicy w restauracji Morskie Oko, czy niezliczonych kaw wypitych na krakowskim rynku. No bo co tu dużo pisać - pięknie i tyle, a ja potrafię tylko albo śmieszno, albo straszno. 


Krakowie - we love you. 


Komentarze


 Powered and secured by Wix

bottom of page