Trzeba mi było autobusem - Akt II
Jess przełknęła ślinę i ruszyliśmy po raz kolejny. Rondo za rondem, skrzyżowanie za skrzyżowaniem pwoli docierałam do prędkości 15 kilometrów na godzinę i wtedy Jess wydobyła z siebie słowa, które nie tylko diamterlanie zmieniły komfort naszej pdróży, ale moje całe motoryzacyjne jestestwo.

Po wzięciu głębszego oddechu (albo piętnastu) zaczęłam dobijać się do mojego ubezpieczyciela. Rozmowa przebiegła zadziwiająco sprawnie (i to już powinno wzbudzić moje podejrzenia). Auto zostało zabrane po godzinie, a my musiałyśmy zdecydować, w którą stronę ruszamy - do domu, czy jednak na pole namiotowe. Wybrałyśmy opcję drugą - nie będzie nam tu jakiś pacan pluł w twarz, tfu, dezorganizował wycieczki. Proszę wybaczyć w chwilach stresu budzą się we mnie instynkty walki narodowo-wyzwoleńczej. Firma ubezpieczeniowa zasugerowała, że auto zastępcze uda mi się dostać jeszcze tego samego dnia, ale po kilkudziesięciu minutach rozmowy z trzema oddziałami Enterprise postanowiłyśmy zamówić Ubera XXL, zakończyć dzień piwem w pubie, a o nowy samochód pomartwić się jutro.
Rano, po wypiciu kawki z kojącym widokiem na pola rodem z angielskich bukolik, dodzwoniłam się do właściwego oddziału Enterprise i umówiłam na odbiór samochodu na godzinę 11. Firma zapewniła, że jego standard będzie zbliżony do Maździny. No dobrze, dobrze pomyślałam. Dostanę pewnie jakąś Toyotę Yaris czy Fiata, podobne gabaryty, ogarniemy. Zapytacie - dlaczegóż w tej sytuacji miałabym się stresować. Dlaczegóż? Otóż przypominam, iż zdobycie prawa jazdy zajęło mi jakieś 10 lat i 10 egzaminów. Kiedy zaczęłam prowadzić byłam zadziwiająco blisko wystawienia wizytówek z moimi danymi, bo nie nadążałam ich wypisaywać ludziom, którym porysowałam auto. Po niemal 10 latach nie jeżdżę źle, ale no Kubicą nie zostanę.
No i jakież było moje zdziwienie, kiedy po dotarciu na miejsce moim oczom ukazała się prawdziwa bestia - nowiusieńki SUV, trzy razy większy od Maździny, w dodatku automat z takim poziomem elektorniki w środku, że Elon Musk wymięka.
Ojej/ O żesz motyla noga/ Ja pier**lę (niewłaściwe skreślić) - pomyślałam.
Jess będąc świadomą mojej zdolności prowadzenia pojazdów kołowych pewnie pomyślała to samo, ale obie zachowałyśmy pokerową twarz Rossa z Przyjaciół. Po podpisaniu 48 stron umowy i dogrzebaniu się do ustawień klimatyzacji w tym cudzie francuskiego przemysłu motoryzacyjnego ruszyłyśmy. I aż się prosi, żeby dodać z kopyta, ale niestety znacznie rozmija się to z rzeczywistością. Przez kolejne 10 minut poruszałyśmy się ruchem skoczno-posuwistym z prędkością mniej więcej 2 km na godzinę. Dodam, że po parkingu, z którego odbierałyśmy auto, bo na drogę nie byłam jeszcze gotowa. Co mniej więcej 10 sekund głowa Jess prawie lądowała na przedniej szybie, bo żem wcześniej nigdy automatu nie prowadziła i za Chiny lub Polskę ludową nie mogłam ogarnąć braku sprzęgła. Zupełnie jakby moja jazda odzwierciedlała jakąś automobilową dwubiegunowość - zatrzymać się, jechać, zatrzymać się, a nie jednak jechać, aż może zatrzymać?
Po 10 minutach postanowiłam podjąć pierwsze wyzwanie i podjechać do sklepu po drugiej stronie ulicy. Te 5 minut, które nam to zajęło były jednymi z dłuższych w moim życiu, na dodatek przeplatane flashbackami z jednego z 10 egzaminów na prawo jazdy. No ale dojachałyśmy, zaparkowałyśmy i nie porawsowałyśmy niczego. Kręgosłup szyjny Jess również pozostał w jednym kawałku. Kolejny przystanek to McDonalds 7 minut dalej. Już spokojniej, ale nadal z prędkością 10 km na godzinę.
Jess w trosce o mój dobrostan (ale nie oszukujmy się – również o własne życie) zaproponowała:
Słuchaj nie musimy jechać do Hedben Bridge. Może wrócimy na pole i pojeździsz po lokalnych drogach?
Absolutnie nie. Muszę to ogranąć dzisiaj, bo się będę stresować cały dzień.
Jess przełknęła ślinę i ruszyliśmy po raz kolejny. Rondo za rondem, skrzyżowanie za skrzyżowaniem pwoli docierałam do prędkości 15 kilometrów na godzinę i wtedy Jess wydobyła z siebie słowa, które nie tylko diamterlanie zmieniły komfort naszej pdróży, ale moje całe motoryzacyjne jestestwo.
Yyy, wiesz, że możesz używać tylko jednej stopy?
Jak jednej stopy? Że raz gaz, raz hamulec? Że co - lewa stopa taka samotna pozostanie, bez celu żadnego, zbędna niczym dyskusja, kto zagra Tosię? Mimo mentalnego oporu do porzucenia mojej lewej kończyny jakoś się przemogłam i, szok niedowierzanie, zadziałało. Od tej pory żeglowałyśmy po okolicznych drogach, niczym Dar Młodzieży po Bałtyku. I to w ten jeden dzień w roku, kiedy nie pizga zbyt mocno.
Spędziłyśmy urocze popołudnie w muzeum sióstr Brontë i wieczór na głębokich rozmowach o życiu i śmierci. I aż miałam ochotę zagrać na nosie i wykrzeczyć w przestrzeń: ha, widzisz dziadu, nie udało ci się zepsuć nam weekendu. Nie zdając sobie sprawy, jaka niespodzianka czeka na nas następnego ranka i że ten rzeczony dziad napsuje mi tyle krwi, że mentalnie otrę się o transfuzję....



Komentarze