top of page

Zaręczyny

  • 5 godzin temu
  • 5 minut(y) czytania

Takie czasy dzisiaj, że nic się nie ukryje. Wszystko nas śledzi, podsłuchuje i inwigiluje. Czasami nawet czyta w myślach i wypluwa reklamy tymże myślami pokierowane. Więc jak tylko Facebook i Instagram zaczął kusić mnie biżuterią wiedziałam, że coś się święci, szykuje. Ma na rzeczy innymi słowy.




Podejście pierwsze miało nastąpić podczas styczniowego wypadu do Szkocji. Na szczycie góry, w leśnych okolicznościach przyrody, tak po naszemu. No ale plan ten nie powiódł się z dwóch głównych powodów. Powód pierwszy, dość znaczący przyznacie, to brak pierścionka. Otóż okazało się, że przedstawiciele sklepu Diamond CośtamCośtam funkcjonują w innej strefie czasowo-semantycznej i stwierdzenie “dostawa na drugi dzień” w praktyce było dostawą po 4 tygodniach. Powód drugi to warunki pogodowe na szczycie tejże góry, które przypominały raczej zimowe wejście na Keczondzongę niż skromny 800 metrowy Ben Ledi (zdjęcie w załączniku). 


Kolejny dogodny termin o tematyce okołomiłosnej wypadał w Walentynki. Nieco sztampowo ktoś mógłby rzecz. No nic z tych rzeczy.


Dzień zaczęliśmy od wizyty w Tranquil Waters - miejscu wyciszenia, medytacji i takich takich (nie tych, którzy nie wiedzą skąd pochodzi ten wspaniały cytat załączam video). Przywiódł nas tam voucher na tzw. float therapy, który sama zakupiłam, nie żeby mnie ktoś zmuszał. Dla niewtajemniczonych podczas float therapy wchodzi człek do kapsuły rodem z Seksmisji wypełnionej słoną wodą. Unosi się w zupełnej ciszy i ciemności, żeby się odciąć od wszystkich zmysłów i wprowadzić w stan pełnej relaksacji. No i Dan się wprowadził. Po godzinie wyszedł jak nówka nie śmigana. Ja natomiast -  już niekoniecznie. Mniej więcej 13 sekund po tym jak pochłonęły mnie w tym czymś ciemności egipskie w panice zaczęłam szukać włącznika światła. No ale ni chu chu. Nie wiem, gdzie jestem, czubka nosa nie widzę, za cholerę nie mogę tego ustrojstwa otworzyć. Poziom paniki rośnie wprost proporcjonalnie do mijających sekund i kółek, które moje ciało wykonuje w tej przerośniętej kuwecie. Mam wrażenie, że utknęłam w tej solance na dobre, a po godzinie wyłowią mnie jak małosolnego ze słoika. Na szczęście w ferworze naciskania wszystkiego jak leci nacisnęłam przycisk alarmu i po czasookresie, który w moim odczuciu był wiecznością, a w praktyce okazał się trzema minutami, kopuła powoli zaczęła się unosić, a moim oczom ukazał się Dan. Jemu z kolei ukazałam się ja - wtulona we własne kolano, w poświacie niebieskiego światła i stanie niemal katatonicznym.


  • Wszystko ok?

  • No nie, nie bardzo. To chyba nie dla mnie. 


No i to zdecydowanie “to nie było dla mnie”. W resztkach soli, jak mięso marynowane do weków, zaczęłam szlochać jak trzylatek, który dostał naleśnika pokrojonego w paski, a miało być w trójkąty. Bo coś się we mnie obudziło - jakieś strachy z poprzednich wcieleń może, że ciemność i woda to “be”, a tym bardziej w zamknięciu. Prysznic i pół godziny sauny jakoś doprowadziły mnie do porządku i opuściliśmy ten przybytek - ja ze strąkami sztywnych od soli włosów, Dan z “lekkim” niepokojem, że oto dzień zaręczyn zaczął się od ataku paniki.


Cóż jeszcze może się wydarzyć?


Z okazji Walentynek zarezerwowaliśmy nocleg i kolację w hotelu Eastwood Hall, który na swojej stronie reklamował tzw. wellness walk wśród 28 akrów ogrodów i terenów leśnych. O dziwo angielska pogoda postanowiła sobie zrobić w Walentynki przerwę i dopuścić słońce do głosu, więc spacer wydawał się idealną zaręczynową okazją. 


W drodze do hotelu postanowiliśmy coś przegryźć, bo woda, nawet ta słona wyciąga. A jeszcze przyprawiona o atak paniki to już w ogóle. Kierowani wyśmienitymi recenzjami Googla trafiliśmy do Julie’s Tea Rooms. No i jedzenie owszem wyśmienite było, ale time management to pożal się Boże. Na kanapkę i toasta czekaliśmy dobre 45 minut, co, jeżeli masz przed kolacją zaręczyny do odhaczenia, raczej nie uchodzi. Ja też nie pomogłam zbyt bardzo stwierdzeniem, żem wyczerpana emocjonalnie i chyba drzemkę sobie utnę.


Jaką drzemkę Kobieto? Ja tu na jedno kolano mam klękać, miłość po grób obiecywać, a ty w kimono? 


Po około godzinie, posileni docieramy do hotelu. Voucher na kolację i Proseczko jest? Jest. Płatki róż na łóżku są? Są. Można świętować, vel uskutecznić drzemkę przed kolacją. No ale nie. Dan nie odpuszcza - wellness walk to i wellness walk tamto. Mapkę nawet ze ścieżką znalazł. No to przystaję na propozycję, co tu będę wojować, Walentynki są przecież, a być może świeże powietrze wypędzi mi z głowy poranny atak paniki. Problem tylko w tym, że im dalej idziemy, tym bardziej te 28 akrów ogrodów i powierzchni leśnych okazuje się łąką/trawnikiem, a Dana plany o zaręczynach w otoczeniu zieleni coraz bardziej grzęzną we wszechobecnym błocie. Obietnica ustronnego schronienia natomiast urzeczywistnia się w postaci smutnej ławeczki porośniętej mchem przy czymś, co miało być stawem, a okazuje się kałużą. 

 

  • To nie tak miało być. To nie tak miało być - słyszę tylko Dana mruczącego pod nosem, nadal zupełnie się nie domyślając, o co chodzi.



Do kolacji została nam jakaś godzina. Zaręczyny w restauracji nie wchodzą w grę - nie nasz styl - sami możemy sobie poklaskać. Wracamy zatem do pokoju hotelowego - teraz, albo nigdy. Z tym tylko, że “teraz” okazuje się .... być bez spodni, bo nasz wellness walk był na tyle błotnisty, że sobie całe nogawki ufafluniłam. Spodnie wiszą na krześle, ja w gatkach wstawiam czajnik na herbatę, a Dan postanawia zadać jedno z ważniejszych pytań w swoim i naszym wspólnym życiu.


  • No nie wiem, czy tym, co teraz powiem jeszcze nie pogorszę twojego stanu dzisiaj.


Ja nauczona doświadczeniem życiowym już w czarne chmury odpływam - alby zrywa ze z mną, albo ktoś umiera. Przygotowuję się już mentalnie na salwy płaczu raczej niż śmiechu, kiedy Dan wyciąga z kieszeni kartkę i zaczyna czytać:  

 

Marto


Jak mam kiedykolwiek ubrać w słowa to, co chcę powiedzieć


Emocje, pragnienie, nadzieja

Wirują i igrają.



Okej, może jednak nikt nie umiera. Uff. Oddycham z ulgą. Płacz już się czai pod powiekami, choć z zupełnie innych powodów, niż przypuszczałam.


No i w tym momencie …… zaczyna gotować się czajnik. Choć po odgłosie, który z siebie wydaje może równie dobrze wylatywać w kosmos, przy okazji zupełnie zagłuszając Dana.


  • Ja pierdzielę jeszcze ten czajnik. Niechże ktoś to wyłączy!


Po nierównej walce z Russelem Hobbsem kontynuuje:


Spokój i pragnienie

Szacunek i marzenia


Ciche zrozumienie

Nierozerwalna więź


Moja energia, moja miłość, moje wszystko

Jest twoje


Zawsze będę przy twoim boku

Nic więcej mi nie trzeba


Nie mogę się doczekać, by zobaczyć, co przyniesie nasza przyszłość,

Więc przypieczętuję moje zobowiązanie wobec ciebie


Tym pocałunkiem


i tym pierścionkiem.


Wyciąga z kieszeni pierścionek. Klęka na kolano. Chwila ciszy.


  • Wiem, że nie masz na sobie spodni, ale czy wyjdziesz za mnie? 


W tym momencie oboje wybuchamy śmiechem, pomieszanym z płaczem, a ja czym prędzej odpowiadam: 


  • No racza! Z pierścionkiem Haribo bym wyszła!



*****


Także tego. Sesji z zaręczyn nie ma z wiadomych powodów. A przed nami kilka miesięcy na wykombinowanie jak nie wydać totalnej fortuny na ślub; w oczekiwaniu na nasze “yes, I do” i resztę wspólnego życia.


Obiecuję również, że podczas ceremonii postaram się mieć na sobie odpowiednie odzienie wierzchnie. 


1 komentarz


Gosza
2 godziny temu

Jak zwykle czyta sie z dziecięcą ciekawością, nawet ja uslyszalam ten czajnik 🤣🤣🤣 gratki kochana czekamy na parej

Polub

 Powered and secured by Wix

bottom of page